Archive for the ‘Marketing’ Category

Agencje Public Relations. Trudna sztuka wyboru

czwartek, Kwiecień 28th, 2011

Jest jednak jeszcze druga strona medalu. Według badania KondycjaMarketingu.pl, które przeprowadzono na 923 polskich przedsiębiorstwach, aż 62% z nich nie ma zaufania do agencji PR. Nie rozumie funkcji oraz zasadności współpracy z PR-owcami. Dotyczy to w szczególności mniejszych graczy, dla których wsparcie PR na ogół ogranicza się do doraźnych działań przy okazji okresowych potrzeb: wdrożenie nowego produktu, sytuacja kryzysowa czy konieczność zorganizowania konferencji prasowej. Mimo wszystko, to oni najchętniej korzystają z możliwości zatrudnienia specjalisty od public relations.

Na polskim rynku agencji PR znajdziemy kilka rodzajów podmiotów. Pierwszy to duże agencje sieciowe, które w ramach strategii rozwoju poszerzyły swoją działalność o polski rynek. Drugą grupę stanowią średniej wielkości, dobrze znane agencje, które najczęściej swoją popularność zawdzięczają faktowi, że są po prostu jednymi z pierwszych, jakie pojawiły się na rynku. Pozostałych sprowadzić można w zasadzie do “wielkiej masy” średnich i małych agencji. To właśnie te firmy PR-owe konkurują między sobą o względy bardzo wybrednych, a także nieufnych spółek w sektorze MSP.

Dla marek o zasięgu międzynarodowym bez wątpienia najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest zaproszenie do współpracy agencji sieciowych. Silne, znane polskie marki oscylują wokół współpracy ze znanymi agencjami, ale niekoniecznie o międzynarodowym zasięgu. Często zdarza się również tak, że w drodze rekomendacji do konkursów zapraszają mniej znane podmioty. Małe i średnie przedsiębiorstwa, jeśli w ogóle myślą o zatrudnieniu agencji, rzadko przeprowadzają w tym zakresie konkursy, posiłkując się w wyborze opinią oraz doświadczeniami znajomych i swojego otoczenia biznesowego.

Proces poszukiwania agencji ciężko byłoby ująć w jeden powtarzalny schemat. Jeśli nie jest to przetarg publiczny, to rzadko kiedy firma oficjalnie ogłasza, że w ogóle szuka partnera PR-owego. Najczęściej dowiadujemy się o tym po fakcie ze znanych portali branżowych. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie metodyka wyboru agencji, z którą dana firma decyduje się współpracować.

Wcale nie chodzi o publiczne ogłaszanie naboru agencji do współpracy. To w interesie agencji jest dać się zauważyć i poznać jak największej ilości przedsiębiorstw, które mogłyby w przyszłości stać się ich klientami. Większy problem tkwi w samych operacyjnych działaniach rekrutacyjnych. Co najdziwniejsze, mamy tu najczęściej do czynienia z dwiema sytuacjami skrajnymi. Pierwszą z nich jest wirtualny kontakt z uczestnikami konkursu, którzy dostają do wypełnienia prosty szablon lub proszeni są o podesłanie swojej oferty. W prostej zazwyczaj tabeli podana jest lista zadań do wykonania, czas realizacji oraz – najważniejsze – pozycja cenowa do wypełnienia. Taki sposób rekrutacji na ogół wiąże się z wyborem najtańszego usługodawcy.

Druga skrajność to wywieranie na agencji presji przedstawienia maksymalnej ilości pomysłów na etapie rekrutacji, spotkania w grupach roboczych i ustalenia teoretycznie zmierzające do podpisania umowy. Agencje dwoją się i troją bez żadnej pewności, że to właśnie ich strategia zostanie wybrana. Na końcu okazuje się, że klient jednak rezygnuje z konkursu lub wybrał kogoś innego. Czasem zdarza się nawet, że nie dostają odpowiedzi z podziękowaniem za udział oraz informacją, że wybrano inną agencję.

Do podjęcia decyzji o wyborze agencji do długoterminowej współpracy nie wystarczy świadomość szybkiego czasu realizacji i niskiej ceny zaoferowanej na etapie konkursowym. Szybko i tanio nie oznacza dobrze. Właściwego wyboru nie zapewni również zlecenie agencji przygotowania niezliczonej ilości propozycji działań odpowiadających naszym założeniom. Rzadko która ceniona i rzetelna agencja dopuściłaby do sytuacji, w której jej pracownicy na etapie pozyskiwania nowego klienta, bez żadnej pewności sukcesu zajmowaliby się w praktyce tym, czym zajmują się w ramach współpracy już po podpisaniu umowy.

Jeśli chcemy współpracować z solidnym partnerem, który zrozumie nasze obawy, potrzeby czy specyfikę naszej działalności, warto podejść do sprawy nieco inaczej. Spróbujmy zbadać dotychczasowe osiągnięcia agencji na polu, w jakim chcemy z nią współpracować. Jeśli agencja rzeczywiście ma się czym pochwalić, zrobi to z ogromną chęcią i nie będzie jej to kosztować dodatkowych nakładów czasu i pracy. Równie ważna jest przysłowiowa „chemia“, której na pewno nie wyczujemy podczas elektronicznej korespondencji. Osobiste spotkanie i rozmowa biznesowa dadzą nam możliwość zbadania, na ile odbieramy na tych samych falach. To niezwykle ważne w codziennych kontaktach, agencja na czas współpracy staje się bowiem niejako członkiem naszej firmy.

Czasem drobny szczegół decyduje o tym, że akurat ta a nie inna agencja przypada nam najbardziej do gustu i sprawia, że jesteśmy przekonani o swoim wyborze na 100%. Czasem „prawie robi dużą różnicę“. Jeśli rzeczywiście chcemy znaleźć agencję, która sprosta naszym długoterminowym oczekiwaniom, przygotujmy się do tego równie solidnie, co do opracowania założeń planowanych wspólnych działań, a wtedy na pewno zwiększymy szanse ich powodzenia. Na początek spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytania: Jakie wartości są dla nas istotne we współpracy biznesowej? Czym powinna wyróżniać się agencja, z którą chcielibyśmy pracować? Jakie obiektywne przesłanki decydują o tym, że właśnie ta agencja powinna zostać naszym partnerem? Warto zrobić sobie listę kryteriów i im przyporządować konkretne zagadnienia. Poświęćmy trochę czasu i skonfrontujmy je z kandydatami osobiście. Czas to pieniądz, w tym przypadku dobrze wydany.

źródło: Agencje Public Relations. Trudna sztuka wyboru

Agencje Public Relations. Trudna sztuka wyboru

czwartek, Kwiecień 28th, 2011

Jest jednak jeszcze druga strona medalu. Według badania KondycjaMarketingu.pl, które przeprowadzono na 923 polskich przedsiębiorstwach, aż 62% z nich nie ma zaufania do agencji PR. Nie rozumie funkcji oraz zasadności współpracy z PR-owcami. Dotyczy to w szczególności mniejszych graczy, dla których wsparcie PR na ogół ogranicza się do doraźnych działań przy okazji okresowych potrzeb: wdrożenie nowego produktu, sytuacja kryzysowa czy konieczność zorganizowania konferencji prasowej. Mimo wszystko, to oni najchętniej korzystają z możliwości zatrudnienia specjalisty od public relations.

Na polskim rynku agencji PR znajdziemy kilka rodzajów podmiotów. Pierwszy to duże agencje sieciowe, które w ramach strategii rozwoju poszerzyły swoją działalność o polski rynek. Drugą grupę stanowią średniej wielkości, dobrze znane agencje, które najczęściej swoją popularność zawdzięczają faktowi, że są po prostu jednymi z pierwszych, jakie pojawiły się na rynku. Pozostałych sprowadzić można w zasadzie do “wielkiej masy” średnich i małych agencji. To właśnie te firmy PR-owe konkurują między sobą o względy bardzo wybrednych, a także nieufnych spółek w sektorze MSP.

Dla marek o zasięgu międzynarodowym bez wątpienia najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest zaproszenie do współpracy agencji sieciowych. Silne, znane polskie marki oscylują wokół współpracy ze znanymi agencjami, ale niekoniecznie o międzynarodowym zasięgu. Często zdarza się również tak, że w drodze rekomendacji do konkursów zapraszają mniej znane podmioty. Małe i średnie przedsiębiorstwa, jeśli w ogóle myślą o zatrudnieniu agencji, rzadko przeprowadzają w tym zakresie konkursy, posiłkując się w wyborze opinią oraz doświadczeniami znajomych i swojego otoczenia biznesowego.

Proces poszukiwania agencji ciężko byłoby ująć w jeden powtarzalny schemat. Jeśli nie jest to przetarg publiczny, to rzadko kiedy firma oficjalnie ogłasza, że w ogóle szuka partnera PR-owego. Najczęściej dowiadujemy się o tym po fakcie ze znanych portali branżowych. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie metodyka wyboru agencji, z którą dana firma decyduje się współpracować.

Wcale nie chodzi o publiczne ogłaszanie naboru agencji do współpracy. To w interesie agencji jest dać się zauważyć i poznać jak największej ilości przedsiębiorstw, które mogłyby w przyszłości stać się ich klientami. Większy problem tkwi w samych operacyjnych działaniach rekrutacyjnych. Co najdziwniejsze, mamy tu najczęściej do czynienia z dwiema sytuacjami skrajnymi. Pierwszą z nich jest wirtualny kontakt z uczestnikami konkursu, którzy dostają do wypełnienia prosty szablon lub proszeni są o podesłanie swojej oferty. W prostej zazwyczaj tabeli podana jest lista zadań do wykonania, czas realizacji oraz – najważniejsze – pozycja cenowa do wypełnienia. Taki sposób rekrutacji na ogół wiąże się z wyborem najtańszego usługodawcy.

Druga skrajność to wywieranie na agencji presji przedstawienia maksymalnej ilości pomysłów na etapie rekrutacji, spotkania w grupach roboczych i ustalenia teoretycznie zmierzające do podpisania umowy. Agencje dwoją się i troją bez żadnej pewności, że to właśnie ich strategia zostanie wybrana. Na końcu okazuje się, że klient jednak rezygnuje z konkursu lub wybrał kogoś innego. Czasem zdarza się nawet, że nie dostają odpowiedzi z podziękowaniem za udział oraz informacją, że wybrano inną agencję.

Do podjęcia decyzji o wyborze agencji do długoterminowej współpracy nie wystarczy świadomość szybkiego czasu realizacji i niskiej ceny zaoferowanej na etapie konkursowym. Szybko i tanio nie oznacza dobrze. Właściwego wyboru nie zapewni również zlecenie agencji przygotowania niezliczonej ilości propozycji działań odpowiadających naszym założeniom. Rzadko która ceniona i rzetelna agencja dopuściłaby do sytuacji, w której jej pracownicy na etapie pozyskiwania nowego klienta, bez żadnej pewności sukcesu zajmowaliby się w praktyce tym, czym zajmują się w ramach współpracy już po podpisaniu umowy.

Jeśli chcemy współpracować z solidnym partnerem, który zrozumie nasze obawy, potrzeby czy specyfikę naszej działalności, warto podejść do sprawy nieco inaczej. Spróbujmy zbadać dotychczasowe osiągnięcia agencji na polu, w jakim chcemy z nią współpracować. Jeśli agencja rzeczywiście ma się czym pochwalić, zrobi to z ogromną chęcią i nie będzie jej to kosztować dodatkowych nakładów czasu i pracy. Równie ważna jest przysłowiowa „chemia“, której na pewno nie wyczujemy podczas elektronicznej korespondencji. Osobiste spotkanie i rozmowa biznesowa dadzą nam możliwość zbadania, na ile odbieramy na tych samych falach. To niezwykle ważne w codziennych kontaktach, agencja na czas współpracy staje się bowiem niejako członkiem naszej firmy.

Czasem drobny szczegół decyduje o tym, że akurat ta a nie inna agencja przypada nam najbardziej do gustu i sprawia, że jesteśmy przekonani o swoim wyborze na 100%. Czasem „prawie robi dużą różnicę“. Jeśli rzeczywiście chcemy znaleźć agencję, która sprosta naszym długoterminowym oczekiwaniom, przygotujmy się do tego równie solidnie, co do opracowania założeń planowanych wspólnych działań, a wtedy na pewno zwiększymy szanse ich powodzenia. Na początek spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytania: Jakie wartości są dla nas istotne we współpracy biznesowej? Czym powinna wyróżniać się agencja, z którą chcielibyśmy pracować? Jakie obiektywne przesłanki decydują o tym, że właśnie ta agencja powinna zostać naszym partnerem? Warto zrobić sobie listę kryteriów i im przyporządować konkretne zagadnienia. Poświęćmy trochę czasu i skonfrontujmy je z kandydatami osobiście. Czas to pieniądz, w tym przypadku dobrze wydany.

źródło: Agencje Public Relations. Trudna sztuka wyboru

Poszukiwanie złota w interaktywnej rzece

środa, Kwiecień 27th, 2011

„Złoty piasek”

Znalezienie atrakcyjnego kandydata na interaktywnym rynku nie jest proste, choć oczywiście zależy to od stanowiska oraz wymagań stawianych potencjalnemu pracownikowi. Zacznijmy od specjalistów, czyli, nawiązując do tytułowej metafory, „złotego piasku”, który staramy się wyłowić. Jeśli chodzi o pozycje, w przypadku których nie najważniejsze jest specjalistyczne doświadczenie, a przede wszystkim otwarty umysł i młodzieńczy zapał, na ogół sprawdza się korzystanie z publikacji ogłoszeń[2]. Trudniej jest już jednak przy poszukiwaniu specjalistów z kilkuletnim doświadczeniem, posiadających konkretne umiejętności i znajomość specyfiki branży. Jest to niemała grupa ludzi, ale często nie poszukująca nowego miejsca zatrudnienia w sposób aktywny. W ich przypadku o wiele lepsze rezultaty, niż ogłoszenia, przynosi więc prowadzenie poszukiwań w sposób bezpośredni. Są to osoby dosyć otwarte na nowe propozycje, ale przy rozważaniu ewentualnych możliwości przykładają wagę do kwestii finansowych. Jest dla nich również istotna „kwestia klientów obsługiwanych w agencji – praca nad ciekawymi, znaczącymi projektami dla prestiżowych marek”[3], możliwość rozwoju w firmie. W przypadku stanowisk specjalistycznych dużym problemem jest również rotacja na rynku pracy. Często pozyskany pracownik po kilku miesiącach odchodzi do innej firmy[4]. Z tego względu część agencji decyduje się na otwieranie działów w mniejszych miastach, gdzie ruchy kadrowe nie są tak duże.

„Złote grudki”

Bardziej skomplikowana jest realizacja poszukiwań w przypadku stanowisk średniego szczebla, managerskich. Po pierwsze – jest to dużo węższy zbiór osób. Po drugie – są to kandydaci podchodzący do procesu rekrutacyjnego z dużo większym dystansem i własnym planem na rozwój. Jedni kandydaci zdecydowanie bardziej wolą pracę w agencjach interaktywnych, inni z kolei preferują pracę w działach interaktywnych domów mediowych. Niektórzy natomiast chcieliby zmienić bieg swojej kariery w kierunku zatrudnienia po stronie klienta[5].         
Kandydaci na stanowiskach managerskich starają się na własną rękę (co jest zrozumiałe i uzasadnione) zebrać opinie o ewentualnym przyszłym pracodawcy, opnie o atmosferze i warunkach pracy. Biorą także pod uwagę prestiż agencji oraz jej wielkość. Co ciekawe, nie wszyscy są zainteresowani pracą w dużych agencjach – część osób zdecydowanie preferuje mniejsze firmy.       
Inną ważną kwestią w przypadku poszukiwań na stanowiska managerskie jest hermetyczność środowiska. Kandydaci zwracają uwagę na fakt, że jest to środowisko dosyć zamknięte, w którym osoby się znają. Powoduje to obawy co do uczestnictwa w procesie rekrutacji – osoby z oczywistych powodów nie chcą, aby ktoś widział ich na spotkaniu u konkurencji. Dlatego też, jeśli już się zdecydują na rozmowy, proszą o dyskrecję, proponują spotkania na „neutralnym” gruncie.       

Kolejny istotny problem w realizacji procesu rekrutacyjnego wynika z faktu, że na ogół są to osoby ceniące stabilizację, nieco bardziej niż młodzi specjaliści, jednocześnie mające świadomość, że częsta zmiana miejsca zatrudnienia jest źle postrzegana na rynku. Z tego powodu czasem nawet dotarcie metodą headhuntingu do sporej grupy dobrych kandydatów nie gwarantuje sukcesu w poszukiwaniach.    

Czasem zdarza się, że sytuację komplikuje specyfika obszaru, jakim miałby zajmować się poszukiwany manager. Tak jest na przykład w przypadku stanowiska Social Media Managera. Gałąź marketingu w mediach społecznościowych rozwija się obecnie bardzo dynamicznie, ale jest stosunkowo młoda[6]. Nie łatwo tu o znalezienie dobrego specjalisty. Zazwyczaj są to pasjonaci, osoby dość młode, z krótkim stażem zawodowym. Trudniej więc znaleźć osobę, która z jednej strony będzie „znała się na rzeczy”, a z drugiej posiadała na przykład doświadczenie w zarządzaniu zespołem.        

Dodatkowe kwestie pojawiają się w sytuacji poszukiwań na stanowiska wysokiego szczebla, takie jak Dyrektor Zarządzający, Client Service Director, Account Director. Oczywiście – tak jak zostało to już wspomniane – wszystko zależy od wymagań stawianych kandydatom. Jedne firmy poszukują osób z wieloletnim doświadczeniem na stanowiskach kierowniczych, dysponujących szeroką znajomością branży, inne natomiast preferują osoby z nieco mniejszym bagażem doświadczeń i piastujące niższe stanowiska, dla których awans byłby prawdziwym wyzwaniem, a jednocześnie nobilitacją. Niezależnie od wspomnianych preferencji, najbardziej pożądane wydają się być te osoby, które posiadają stabilne okresy zatrudnienia. Takich kandydatów często jednak trudno zachęcić do zmiany pracy, a nawet zainteresować ofertą. Podobnie jak w przypadku managerów, zdarzają się sytuacje, w których bezpośredni kontakt firmy zainteresowanej nowym pracownikiem z kandydatem kończy się odmową i dopiero firmie pośredniczącej w realizacji procesu rekrutacji udaje się nakłonić kandydata do rozważenia oferty. Osoby na stanowiskach dyrektorskich bardzo ostrożnie podchodzą do składanych propozycji. Niezwykle istotną dla nich kwestią jest na ile nowa praca wiązałaby się z wyzwaniami i rozwojem, a także jak zmiana „barw” byłaby postrzegana na rynku. Nawet jeśli zdecydują się na przejście do innej firmy, zwracają uwagę na to, aby ewentualne zakończenie współpracy z dotychczasowym pracodawcą odbyło się w dobrej atmosferze i na polubownych warunkach. Warto wspomnieć o jeszcze jednym niezwykle ważnym zagadnieniu – w poszukiwaniach osób na najwyższe stanowiska bardzo istotne znaczenie mają również pieniądze. Ale skoro jak stwierdził J.D. Rockefeller „Umiejętność kierowania ludźmi jest towarem i można go kupić, podobnie jak cukier czy kawę. Ja za ten artykuł gotów jestem dać więcej niż za cokolwiek innego na świecie” – warto skorzystać
z profesjonalnej pomocy skutecznego  headhuntera, aby  otrzymać „towar” faktycznie najwyższej jakości.


Michał Środa jest pracownikiem NOTIO, uznanej firmy doradztwa personalnego działające od ponad 15 lat,  posiadającej bogate doświadczenie w skutecznej rekrutacji kandydatów na stanowiska różnych szczebli w branży marketingu interaktywnego i usług mobilnych.

[1] interaktywnie.com/public/v3/…/rok2007_w_agencjach_interaktywnych.pdf ; s. 12-14

[2] http://webhosting.pl/Raport.na.temat.pracy.w.branzy.interaktywnej

[3] http://media2.pl/reklama-pr/69460-quo-vadis-rynku-uslug-interaktywnych.html

[4] http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/19210,spolki_internetowe_zatrudniaja_poza_warszawa_i_oszczedzaja.html

[5] http://media2.pl/reklama-pr/69460-quo-vadis-rynku-uslug-interaktywnych.html

[6] tamże

źródło: Poszukiwanie złota w interaktywnej rzece

Wysyłka mailingu tylko za zgodą odbiorcy

środa, Kwiecień 27th, 2011

Tak byłoby, gdyby nie mały szczegół. Aby wysyłać do klientów masowe wiadomości pocztą elektroniczną musimy mieć ich zgodę. Tego wymaga prawo. Niestety zgoda wyrażona ustnie nie wystarczy, gdyż w razie sprawdzenia nie można jej udowodnić. Musi być zgoda wyrażona na papierze lub elektronicznie. Nie trzeba nikomu dodawać, że forma papierowa jest kłopotliwa, wymaga dodatkowej weryfikacji w systemie CRM, a co najgorsze bardzo kosztowna.  Zdecydowanie lepsza jest ta druga, elektroniczna.

I tu dochodzimy do sedna sprawy: klient powinien sam móc się zarówno zapisać jak i i wypisać z naszego serwisu informacyjnego. W zapisaniu możemy mu pomóc wpisując jego adres (najlepiej automatycznie z CRM!) na listę chętnych. Ale już potwierdzenie, które przyjdzie na jego skrzynkę odbiorczą musi sam zatwierdzić klikając w odpowiedni odnośnik. W ten sposób doszliśmy właśnie do tego, że wysyłka masowych wiadomości z programu CRM jest możliwa za pomocą … specjalnego modułu do wysyłki biuletynów (newsletterów).

Moduły takie posiadają wszelkie udogodnienia: listy szablonów, wykrywanie nieprawidłowych adresów i statystyki, czyli wszystko to co przy intensywnym użytkowaniu stopniowo zacznie się przydawać. W biznesie w końcu nie chodzi o to, aby emaile wysłać do powiedzmy 2.000 klientów, ale aby na tym zarobić sprzedając choćby kilku z nich w ten sposób. A do tego bardzo ważne jest aby być przy okazji zgodnym z prawem. Kilka lat temu bank, który tego nie dochował zapłacił kilkadziesiąt tysięcy złotych odszkodowania klientowi, który zażądał usunięcia z bazy danych a pomimo tego otrzymał od banku korespondencję. Wtedy była to kartka pocztowa, dzisiaj podobna sytuacja może wydarzyć się elektronicznie i warto o tym pamiętać.

źródło: Wysyłka mailingu tylko za zgodą odbiorcy

Wysyłka mailingu tylko za zgodą odbiorcy

środa, Kwiecień 27th, 2011

Tak byłoby, gdyby nie mały szczegół. Aby wysyłać do klientów masowe wiadomości pocztą elektroniczną musimy mieć ich zgodę. Tego wymaga prawo. Niestety zgoda wyrażona ustnie nie wystarczy, gdyż w razie sprawdzenia nie można jej udowodnić. Musi być zgoda wyrażona na papierze lub elektronicznie. Nie trzeba nikomu dodawać, że forma papierowa jest kłopotliwa, wymaga dodatkowej weryfikacji w systemie CRM, a co najgorsze bardzo kosztowna.  Zdecydowanie lepsza jest ta druga, elektroniczna.

I tu dochodzimy do sedna sprawy: klient powinien sam móc się zarówno zapisać jak i i wypisać z naszego serwisu informacyjnego. W zapisaniu możemy mu pomóc wpisując jego adres (najlepiej automatycznie z CRM!) na listę chętnych. Ale już potwierdzenie, które przyjdzie na jego skrzynkę odbiorczą musi sam zatwierdzić klikając w odpowiedni odnośnik. W ten sposób doszliśmy właśnie do tego, że wysyłka masowych wiadomości z programu CRM jest możliwa za pomocą … specjalnego modułu do wysyłki biuletynów (newsletterów).

Moduły takie posiadają wszelkie udogodnienia: listy szablonów, wykrywanie nieprawidłowych adresów i statystyki, czyli wszystko to co przy intensywnym użytkowaniu stopniowo zacznie się przydawać. W biznesie w końcu nie chodzi o to, aby emaile wysłać do powiedzmy 2.000 klientów, ale aby na tym zarobić sprzedając choćby kilku z nich w ten sposób. A do tego bardzo ważne jest aby być przy okazji zgodnym z prawem. Kilka lat temu bank, który tego nie dochował zapłacił kilkadziesiąt tysięcy złotych odszkodowania klientowi, który zażądał usunięcia z bazy danych a pomimo tego otrzymał od banku korespondencję. Wtedy była to kartka pocztowa, dzisiaj podobna sytuacja może wydarzyć się elektronicznie i warto o tym pamiętać.

źródło: Wysyłka mailingu tylko za zgodą odbiorcy

Home banking odchodzi do lamusa

poniedziałek, Kwiecień 25th, 2011

Wizje z przeszłości

W internecie odnaleźć można materiał wideo z 1967 roku, w którym pokazano do czego mogą zostać wykorzystane w przyszłości komputery. Na jednej ze scen widać zatroskanego mężczyznę w średnim wieku, który podchodzi do monitora i za pomocą pokrętła (sic!) uruchamia ekran, na którym – niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – ukazują się dokumenty przypominające współczesne wyciągi bankowe. Czarno-białe kolumny z cyframi przyprawiają go o zawrót głowy, a lektor zdradza przyczynę takiego stanu rzeczy. Okazuje się, że rachunki za zakupy, jakie parę godzin wcześniej przy pomocy komputera dokonała jego żona.

Kolejno wyświetlają mu się także informacje o jego zadłużeniu z tytułu hipoteki, aktualnym saldzie na rachunku bankowym, zapłaconych podatkach itp. Obok stoi urządzenie, z którego wychodzi elegancki wydruk wszystkich transakcji obejmujących domowy budżet, choć – jak podkreśla lektor – wszystkie dokumenty są w każdej chwili dostępnej w wersji „na ekranie”.

Do dyspozycji naszego bohatera jest też „elektroniczna maszyna korespondencyjna służąca jako domowa poczta”.  Z grubsza przypomina ona tablet, a siedzący przy nim użytkownik, posługując się  dłoń uzbrojoną w specjalne pióro stawia nań jakieś znaki. Urządzenie pozwala natychmiastową komunikację pisemną pomiędzy jednostkami znajdującymi się „gdziekolwiek na świecie”. Choć nie jest powiedziane, co właśnie robi ten mężczyzna, można się domyślać, że składa np. dyspozycję przelewu określonej kwoty i podpisuje się pod nią. Nie składa on podpisu na kartce, lecz dzięki – domowej technologii przyszłości (pamiętajmy, że propagandowy materiał amerykański pochodzi z połowy lat 60. ubiegłego wieku) – czyni to „elektronicznie”.

Dzięki obejmującej drugi plan kamerze łatwo spostrzec, że cała aparatura zajmuje pół pokoju, a do jej utrzymania potrzeba dziesiątków obwodów elektrycznych, kabli i rozmaitych przełączników. Niemal pół wieku temu tak wyobrażano sobie home banking – i co świetnie widać na filmie – była to w swym zamierzeniu  usługą historycznie adresowaną do klienta indywidualnego. Współcześnie okazuje się, że pojedynczy użytkownik nie musi mieć tych wszystkich urządzeń, wystarczy mu przenośny notebook lub, jak kto woli, laptop znajdujący się w zasięgu sieci bezprzewodowej.

Stan teraźniejszy

Zacznijmy od tego, co to jest home banking. Usługa ta polega na bezpośredniej komunikacji z bankiem za pośrednictwem sieci rozległej i specjalnego oprogramowania po stronie klienta. Tym samym umożliwia szersze korzystanie z usług bankowych na odległość. To duża korzyść zwłaszcza dla banków, które dzięki temu mogą odciążyć swoich pracowników. Ci ostatni ograniczają się jedynie do jednorazowej instalacji odpowiedniego systemu na komputerze klienta (i ewentualnym przeszkoleniem personelu). W zasadzie wszystkie czynności klient wykonuje sam, a następnie wysyła do banku pakiet informacji o operacjach, jakich dokonał.

Aby móc skorzystać z home bankingu należy zaopatrzyć się w komputer z dostępem do sieci, telefon, odpowiednie oprogramowanie, oraz urządzenia kodujące i sprawdzające autentyczność danych. Wszystko to oczywiście kosztuje – kiedyś były to znaczne koszty, dziś są wielokrotnie niższe. Ponadto należy mieć podpisaną z bankiem stosowną umowę (często pociągającą za sobą konieczność pokrywania kosztów abonament miesięcznego) oraz oczywiście rachunek bankowy. W przypadku małych i średnich przedsiębiorstw abonament, o którym mowa wynosi około 300 zł, natomiast korporacje o sporych obrotach mają tę usługę za darmo. 

Od bankowości internetowej home banking odróżniają dwie kwestie. Pierwsza to wspomniana już konieczność zainstalowania oprogramowania na komputerze klienta. Druga to tryb offline jako sposób łączenia się systemów – bankowego i klienckiego. Home banking to również swoisty kanał komunikacyjny, stanowiący źródło informacji o kursach walut, wynikach sesji giełdowych bądź też o innych produktach, oferowanych przez banki.

Home banking nie jest jednak pozbawiony wad. Główną jest fakt, że dostęp do konta jest możliwy tylko z konkretnego komputera, na którym wcześniej zainstalowano aplikację. Jeśli z przyczyn technicznych, sprzęt odmawia posłuszeństwa, to nie można z niego skorzystać dopóki nie zostanie naprawiony.

Modelowym przykładem współcześnie wdrożonego home bankingu jest np. MultiCash wyprodukowany przez niemiecką firmę Omikron. Jest to system bankowości elektronicznej przeznaczony dla średnich i dużych firm współpracujących z jednym lub kilkoma bankami. Spośród działających na terytorium Polski banków korzystają zeń m.in. PKO BP, Raiffeisen Bank PEKAO S.A., BRE Bank, HSBC.

Widoki na przyszłość

Jednocześnie, jak pokazują dane ZBP dotyczące wykorzystania bankowości internetowej przez małe i średnie przedsiębiorstwa, dynamicznie rośnie liczba firm, które odchodzą od home bankingu a wybierają bankowość internetową. Powodem takiego stanu rzeczy jest popularyzowanie rozwiązań z zakresu bankowości w trybie online, która skutecznie wypiera z rynku systemy działające w trybie offline. Jako drugi czynnik zmian w tym względzie podaje się chęć unikania wizyt serwisanta – znacznie tańszym i szybszym rozwiązaniem jest aktualizacja oprogramowania na serwerze. 

Tabela: Liczba polskich przedsiębiorstw korzystających z home bankingu.

(kliknij obrazek aby go powiększyć)

Przyczyniają się do także spadające koszty podłączenia do sieci. Niegdyś bowiem łączono się z siecią za pomocą numeru dostępowego, a połączenia z siecią było tym droższe, im więcej czasu spędzało się w niej. Wówczas wykonanie zadania na komputerze (np. tak banalnego jak przegląd obrotów dokonanych w bieżącym dniu na koncie lub całej historii rachunku) było bardziej racjonalne. Wydanie określonej dyspozycji np. przelania pieniędzy na czyjś rachunek odbywało się za pośrednictwem specjalnie zabezpieczonego krótkiego połączenia online, odgrodzonego od innych zasobów sieciowych. Dziś w dobie bezpiecznych kanałów wymiany danych (takich jak np. protokół https) czynnik ten traci na znaczeniu przedsiębiorstwa.

„Tendencja ta wskazuje, że mali i średni przedsiębiorcy zachowują sie podobnie do klientów indywidualnych, a ich aktywność w zakresie korzystania z bankowości internetowej jest związana z tymi samymi przesłankami – także dla nich szybkość, wygoda, bezpieczeństwo i niskie koszty internetowego kanału usług bankowych sprawiają, że coraz chętniej z niego korzystają.” – wynika z raportu „Netb@nk” opracowanego przez ZBP.

Home banking nie stał się tym, co sobie wyobrażano sobie przed półwieczem – chociaż w dużej mierze rolę tę spełnia współcześnie dobrze rozwinięta bankowość internetowa. Z tej ostatniej korzysta coraz więcej Polaków – jednocześnie maleje liczba podmiotów gospodarczych, które ze względu na bezpieczeństwo swoich danych (znajdujących się na ich komputerze, a dzięki połączeniu offline odciętych od sieci) korzystają z home bankingu. Od ludzi przywykłych do internetu i korzystających zeń w wielu miejscach (praca, uczelnia, dom itd.) trudno oczekiwać, aby rezygnowali ze swoich nawyków. Już kilka lat temu świat wszedł na „ścieżkę” online i tak łatwo z niej nie zejdzie.

 

źródło: Home banking odchodzi do lamusa

Nowe przepisy zmieniły zasady udostępniania danych osobowych

sobota, Kwiecień 23rd, 2011

Mimo, że Ustawa nie zawiera definicji udostępniania danych osobowych,  jest ono jedną z operacji wykonywanych na danych osobowych w ramach ich przetwarzania (art. 7 pkt 2 Ustawy). Konfrontując udostępnianie z powierzeniem przetwarzania danych osobowych (art. 31 Ustawy) – można przyjąć, że osoba trzecia otrzymując dane osobowe od administratora tych danych w drodze ich udostępnienia, sama staje się ich administratorem. Nie oznacza to jednak, że dotychczasowy administrator przestaje nim być i traci swoje uprawnienia. W rezultacie udostępnienia dochodzi bowiem do nabycia uprawnień administratora danych (decyduje o celach i środkach przetwarzania danych osobowych – art. 7 pkt 4 Ustawy) przez kolejny podmiot.

W świetle przepisów, które weszły w życie, nasuwa się pytanie: w jaki sposób można dane osobowe udostępnić i kiedy ich przetwarzanie nie będzie naruszać przepisów Ustawy?

Do tej pory ustawodawca przewidywał udostępnienie danych osobowych osobom lub podmiotom uprawnionym do ich otrzymania na mocy przepisów prawa (np. Policji lub Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego). Dane mogły zostać udostępnione również innym osobom i podmiotom, ale musiały one w sposób wiarygodny uzasadnić potrzebę ich posiadania. Udostępnienie danych nie mogło jednak naruszać praw i wolności osoby, której dane dotyczyły. Dotychczasowe przepisy wyraźnie wskazywały ponadto, że udostępnione dane osobowe można wykorzystać wyłącznie zgodnie z przeznaczeniem, dla którego je udostępniono, a samo udostępnienie następowało (co do zasady) na pisemny i umotywowany wniosek.

W wyniku wejścia w życie nowych przepisów powstała luka prawna w zakresie zasad udostępniania danych osobowych, w tym określenia podstawy udostępnienia danych. Określenie zasad udostępnienia na gruncie zmienionych przepisów jest o tyle ważne, że nowelizacja utrzymała w mocy art. 51 Ustawy, który wprowadza sankcję karną za udostępnienie danych osobom nieupoważnionym przez podmiot administrujący zbiorem danych lub podmiot zobowiązany do ochrony danych osobowych (a zatem także przez administratora danych osobowych). Biorąc pod uwagę powyższy stan rzeczy nie ulega wątpliwości, że na potrzeby oceny, czy udostępnienie oraz przetwarzanie udostępnionych danych osobowych jest dopuszczalne, w stanie prawnym po nowelizacji zastosowanie znajdzie przepis art. 23 Ustawy. Podmiot, któremu administrator udostępnił dane osobowe, będzie mógł je zatem przetwarzać miedzy innymi: na podstawie zgody osoby, której dane dotyczą; dla wypełnienia prawnie usprawiedliwionych celów przez siebie realizowanych (np. marketing bezpośredni własnych produktów lub usług), czy w celu realizacji umowy, której stroną jest osoba, której dane dotyczą.

Wskutek uchylenia regulacji ustawowej określającej podstawę udostępnienia danych osobowych (pisemny wniosek), niejasne jest, jakie czynności powinien podjąć podmiot, który zamierza udostępnić dane. Wobec braku wymagań przewidzianych w Ustawie, zasadnym wydaje się postawienie tezy, iż może to nastąpić przede wszystkim na podstawie umowy. Sporządzając taką umowę należy jednak ocenić, czy udostępnienie danych jest dopuszczalne (w oparciu o art. 23 Ustawy). Pomimo braku wymagań konstrukcyjnych, umowa o udostępnienie danych powinna z pewnością zawierać określenie danych, które podlegają udostępnieniu (np. poprzez wskazanie zbioru, w którym są zgromadzone). Mając na uwadze dotychczasową treść art. 29, wspomniana umowa powinna wskazywać też przeznaczenie (cel), dla którego udostępnienie następuje. Nic również nie stoi na przeszkodzie, aby w umowie określony został również sposób udostępnienia (przekazania) danych pomiędzy stronami umowy. Analizując podstawę udostępnienia, nie sposób odmówić dopuszczalności udostępnienia danych osobowych także na wniosek, skoro dotychczas podstawie było to możliwe.

Od 7 marca br. podstawą do żądania udostępnienia danych osobowych składanego przez podmiot inny niż uprawniony do ich otrzymania na podstawie przepisów prawa, będzie art. 23 ust. 1 pkt 5 Ustawy. Oznacza to, że udostępnienie danych na żądanie takiego podmiotu będzie mogło dojść do skutku, gdy będzie to niezbędne dla wypełnienia prawnie usprawiedliwionych celów realizowanych przez podmiot udostępniający dane lub podmiot, któremu dane są przekazywane.

Ważne jest jednak (pomimo uchylenia art. 29 Ustawy), aby czynności składające się na udostępnienie danych nie naruszały praw i wolności osób, których udostępniane dane dotyczą. Dlatego też, niezależnie od zastosowanej podstawy udostępnienia, zasadnym byłoby potwierdzenie faktu i warunków udostępnienia danych na piśmie. Pozwoli to bowiem łatwo zweryfikować i wykazać prawidłowość udostępnienia danych, w tym jego dopuszczalność oraz określić, czy wskutek udostępnienia doszło do naruszenia praw i wolności osób, których dane dotyczą.
Należy także wskazać, że mimo uchylenia art. 29, dane osobowe będą podlegać w dalszym ciągu udostępnianiu osobom lub podmiotom upoważnionym do ich otrzymania na podstawie regulacji zawartych w przepisach szczególnych.

Udostępniając dane osobowe, warto pamiętać, że administrator (zarówno udostępniający dane, jak i ten, który dane otrzymuje) jest zobowiązany wypełniać liczne obowiązki opisane Ustawą i dotyczące ochrony przetwarzanych danych osobowych. Jednym z podstawowych obowiązków jest zastosowanie odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych zapewniających ochronę danych, odpowiednią do zagrożeń (art. 36-39a Ustawy). Z uwagi na ten wymóg, podmiot otrzymujący dane osobowe w drodze udostępnienia, powinien zastosować opisane środki jeszcze przed ich faktycznym otrzymaniem, tak by zapewnić im odpowiednią ochronę. Spełnienie tego wymogu przez nowego administratora (jak i innych obowiązków) powinno być również, w miarę możliwości, zweryfikowane przez dotychczasowego administratora jeszcze przed udostępnieniem.

Podsumowując można wskazać, że w związku z brakiem regulacji dotyczącej zasad udostępnienia danych osobowych, a nawet samej definicji ustawowej udostępniania, od chwili wejścia w życie nowych przepisów podjęcie działań związanych z udostępnieniem danych osobowych wymagać będzie szczególnej staranności. By przeprowadzić je bez naruszenia przepisów prawa, podmiot udostępniający dane osobowe zobowiązany będzie dokładnie przeanalizować przepisy Ustawy w zakresie udostępnienia. Wobec uchylenia art. 29 Ustawy nie będzie to łatwe zadanie. Ustalenie w jaki sposób dane mogą zostać udostępnione i jakie przesłanki winny być spełnione, aby udostępnienie było prawnie dopuszczalne, wymagać będzie bowiem głębszej interpretacji przepisów.

źródło: Nowe przepisy zmieniły zasady udostępniania danych osobowych

Home banking odchodzi do lamusa

sobota, Kwiecień 23rd, 2011

Wizje z przeszłości

W internecie odnaleźć można materiał wideo z 1967 roku, w którym pokazano do czego mogą zostać wykorzystane w przyszłości komputery. Na jednej ze scen widać zatroskanego mężczyznę w średnim wieku, który podchodzi do monitora i za pomocą pokrętła (sic!) uruchamia ekran, na którym – niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – ukazują się dokumenty przypominające współczesne wyciągi bankowe. Czarno-białe kolumny z cyframi przyprawiają go o zawrót głowy, a lektor zdradza przyczynę takiego stanu rzeczy. Okazuje się, że rachunki za zakupy, jakie parę godzin wcześniej przy pomocy komputera dokonała jego żona.

Kolejno wyświetlają mu się także informacje o jego zadłużeniu z tytułu hipoteki, aktualnym saldzie na rachunku bankowym, zapłaconych podatkach itp. Obok stoi urządzenie, z którego wychodzi elegancki wydruk wszystkich transakcji obejmujących domowy budżet, choć – jak podkreśla lektor – wszystkie dokumenty są w każdej chwili dostępnej w wersji „na ekranie”.

Do dyspozycji naszego bohatera jest też „elektroniczna maszyna korespondencyjna służąca jako domowa poczta”.  Z grubsza przypomina ona tablet, a siedzący przy nim użytkownik, posługując się  dłoń uzbrojoną w specjalne pióro stawia nań jakieś znaki. Urządzenie pozwala natychmiastową komunikację pisemną pomiędzy jednostkami znajdującymi się „gdziekolwiek na świecie”. Choć nie jest powiedziane, co właśnie robi ten mężczyzna, można się domyślać, że składa np. dyspozycję przelewu określonej kwoty i podpisuje się pod nią. Nie składa on podpisu na kartce, lecz dzięki – domowej technologii przyszłości (pamiętajmy, że propagandowy materiał amerykański pochodzi z połowy lat 60. ubiegłego wieku) – czyni to „elektronicznie”.

Dzięki obejmującej drugi plan kamerze łatwo spostrzec, że cała aparatura zajmuje pół pokoju, a do jej utrzymania potrzeba dziesiątków obwodów elektrycznych, kabli i rozmaitych przełączników. Niemal pół wieku temu tak wyobrażano sobie home banking – i co świetnie widać na filmie – była to w swym zamierzeniu  usługą historycznie adresowaną do klienta indywidualnego. Współcześnie okazuje się, że pojedynczy użytkownik nie musi mieć tych wszystkich urządzeń, wystarczy mu przenośny notebook lub, jak kto woli, laptop znajdujący się w zasięgu sieci bezprzewodowej.

Stan teraźniejszy

Zacznijmy od tego, co to jest home banking. Usługa ta polega na bezpośredniej komunikacji z bankiem za pośrednictwem sieci rozległej i specjalnego oprogramowania po stronie klienta. Tym samym umożliwia szersze korzystanie z usług bankowych na odległość. To duża korzyść zwłaszcza dla banków, które dzięki temu mogą odciążyć swoich pracowników. Ci ostatni ograniczają się jedynie do jednorazowej instalacji odpowiedniego systemu na komputerze klienta (i ewentualnym przeszkoleniem personelu). W zasadzie wszystkie czynności klient wykonuje sam, a następnie wysyła do banku pakiet informacji o operacjach, jakich dokonał.

Aby móc skorzystać z home bankingu należy zaopatrzyć się w komputer z dostępem do sieci, telefon, odpowiednie oprogramowanie, oraz urządzenia kodujące i sprawdzające autentyczność danych. Wszystko to oczywiście kosztuje – kiedyś były to znaczne koszty, dziś są wielokrotnie niższe. Ponadto należy mieć podpisaną z bankiem stosowną umowę (często pociągającą za sobą konieczność pokrywania kosztów abonament miesięcznego) oraz oczywiście rachunek bankowy. W przypadku małych i średnich przedsiębiorstw abonament, o którym mowa wynosi około 300 zł, natomiast korporacje o sporych obrotach mają tę usługę za darmo. 

Od bankowości internetowej home banking odróżniają dwie kwestie. Pierwsza to wspomniana już konieczność zainstalowania oprogramowania na komputerze klienta. Druga to tryb offline jako sposób łączenia się systemów – bankowego i klienckiego. Home banking to również swoisty kanał komunikacyjny, stanowiący źródło informacji o kursach walut, wynikach sesji giełdowych bądź też o innych produktach, oferowanych przez banki.

Home banking nie jest jednak pozbawiony wad. Główną jest fakt, że dostęp do konta jest możliwy tylko z konkretnego komputera, na którym wcześniej zainstalowano aplikację. Jeśli z przyczyn technicznych, sprzęt odmawia posłuszeństwa, to nie można z niego skorzystać dopóki nie zostanie naprawiony.

Modelowym przykładem współcześnie wdrożonego home bankingu jest np. MultiCash wyprodukowany przez niemiecką firmę Omikron. Jest to system bankowości elektronicznej przeznaczony dla średnich i dużych firm współpracujących z jednym lub kilkoma bankami. Spośród działających na terytorium Polski banków korzystają zeń m.in. PKO BP, Raiffeisen Bank PEKAO S.A., BRE Bank, HSBC.

Widoki na przyszłość

Jednocześnie, jak pokazują dane ZBP dotyczące wykorzystania bankowości internetowej przez małe i średnie przedsiębiorstwa, dynamicznie rośnie liczba firm, które odchodzą od home bankingu a wybierają bankowość internetową. Powodem takiego stanu rzeczy jest popularyzowanie rozwiązań z zakresu bankowości w trybie online, która skutecznie wypiera z rynku systemy działające w trybie offline. Jako drugi czynnik zmian w tym względzie podaje się chęć unikania wizyt serwisanta – znacznie tańszym i szybszym rozwiązaniem jest aktualizacja oprogramowania na serwerze. 

Tabela: Liczba polskich przedsiębiorstw korzystających z home bankingu.

(kliknij obrazek aby go powiększyć)

Przyczyniają się do także spadające koszty podłączenia do sieci. Niegdyś bowiem łączono się z siecią za pomocą numeru dostępowego, a połączenia z siecią było tym droższe, im więcej czasu spędzało się w niej. Wówczas wykonanie zadania na komputerze (np. tak banalnego jak przegląd obrotów dokonanych w bieżącym dniu na koncie lub całej historii rachunku) było bardziej racjonalne. Wydanie określonej dyspozycji np. przelania pieniędzy na czyjś rachunek odbywało się za pośrednictwem specjalnie zabezpieczonego krótkiego połączenia online, odgrodzonego od innych zasobów sieciowych. Dziś w dobie bezpiecznych kanałów wymiany danych (takich jak np. protokół https) czynnik ten traci na znaczeniu przedsiębiorstwa.

„Tendencja ta wskazuje, że mali i średni przedsiębiorcy zachowują sie podobnie do klientów indywidualnych, a ich aktywność w zakresie korzystania z bankowości internetowej jest związana z tymi samymi przesłankami – także dla nich szybkość, wygoda, bezpieczeństwo i niskie koszty internetowego kanału usług bankowych sprawiają, że coraz chętniej z niego korzystają.” – wynika z raportu „Netb@nk” opracowanego przez ZBP.

Home banking nie stał się tym, co sobie wyobrażano sobie przed półwieczem – chociaż w dużej mierze rolę tę spełnia współcześnie dobrze rozwinięta bankowość internetowa. Z tej ostatniej korzysta coraz więcej Polaków – jednocześnie maleje liczba podmiotów gospodarczych, które ze względu na bezpieczeństwo swoich danych (znajdujących się na ich komputerze, a dzięki połączeniu offline odciętych od sieci) korzystają z home bankingu. Od ludzi przywykłych do internetu i korzystających zeń w wielu miejscach (praca, uczelnia, dom itd.) trudno oczekiwać, aby rezygnowali ze swoich nawyków. Już kilka lat temu świat wszedł na „ścieżkę” online i tak łatwo z niej nie zejdzie.

 

źródło: Home banking odchodzi do lamusa

Social entertainment #8211; człowiek istota e-społeczna

środa, Kwiecień 20th, 2011

Czas spędzany na serwisie Facebook w roku 2008 wzrósł o 566%;  w Polsce z Facebooka korzysta ponad 2mln użytkowników. Facebook początkowo był popularny jako portal studencki, obecnie ponad 1/3 użytkowników to osoby w wieku 35-49 lat, a ¼ ma ponad 50 lat.

Wczesne wersje portali społecznościowych powstawały w Stanach Zjednoczonych już w połowie lat 90. Skupiały się na dawaniu ludziom możliwości interakcji poprzez czaty, wymianę informacji i strony tematyczne. Niektóre z nich nie przyniosły zysku i nie zdobyły popularności, ponieważ wybiegały za daleko w przyszłość. Odpowiedni moment przyszedł kilka lat później, a sieci społecznościowe (social networks) stały się częścią dominujących trendów internetowych. Największe z nich powstały między rokiem 2004 a 2006.

Najpopularniejsze na świecie portale społecznościowe to m.in. Facebook, MySpace, Bebo. W Polsce największym serwisem jest Nasza-Klasa, na której zarejestrowało się 11 milionów unikalnych użytkowników, następnie Facebook (2,1 mln), Goldenline (1,2 mln), Grono.net (1,54 mln) oraz MySpace (1 mln). W Rosji sieć Odnoklassniki (Одноклассники) ma 30 milionów zarejestrowanych użytkowników. Friendster przyjął się na wyspach Pacyfiku, Orkut to hit w Brazylii, a ostatnio także w Indiach. Japończycy korzystają z Mixi, LunaStorm działa najsilniej w Szwecji, Hi5 w mniejszych krajach Ameryki Południowej, Północnej i w Europie. Bebo wybiło się na lidera rynku w Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii i Australii. Siła działania międzynarodowych e-społeczności jest ogromna, miliony użytkowników doprowadziły do powstania takich zjawisk jak dziennikarstwo społeczne, blogowe, które stanowią konkurencję dla tradycyjnych form komentowania wydarzeń. Jest to przejaw demokratyzacji Internetu i jego siły jako narzędzia promującego wolność słowa.

Gry dostępne na serwisach społecznościowych są czymś zupełnie innym od tradycyjnych pozycji tego typu, sprzedawanych w sklepach w kartonowych pudełkach. Po pierwsze nie wymagają dodatkowego kosztownego sprzętu czy oprogramowania. Ich dystrybucja odbywa się drogą cyfrową, a rozgrywka odbywa się na portalach społecznościowych, takich jak Facebook czy MySpace, często są również dostępne dla użytkowników nowoczesnych urządzeń mobilnych typu IPhone. Zmiany, które mają miejsce w ciągu ostatniego roku a rynku gier są na tyle przełomowe, że możemy mówić o rewolucji rozrywkowej.
Pierwsze etapy popularności gier komputerowych kojarzone były przede wszystkim wąską grupą odbiorców, często nastolatków, którzy grali zamknięci w swoich pokojach bądź też kawiarenkach lub pracowniach komputerowych. Zmiany zapoczątkowała firma Nintendo, która stworzyła konsolę do gier – przy niej zaczęły się bawić wspólnie pokolenia dzieci, rodziców i dziadków.

W ostatnich latach tradycyjne gry sprzedawane na konsole stawały się coraz bardziej skomplikowane, coraz lepiej wyglądały, rosły więc koszty ich produkcji. Koszty produkcji tradycyjnych gier liczone są w milionach złotych, a dodatkowo wymagane są wysokie nakłady na działania marketingowe, aby zapewnić zwrot z inwestycji. Twórcy niezależni, którzy mieli niewielkie budżety mieli zatem problemy, żeby wejść an rynek, ze względu na wysokie bariery wejścia. Z drugiej strony rynek odbiorców się nie zwiększał. dystrybutorzy więc mocno konkurowali między sobą o potencjalnych użytkowników nowych gier. W czasie kryzysu sprzedaż tradycyjnych gier spadła, co było dodatkowym impulsem, aby darmowe gry społecznościowe rozwinęły skrzydła i błyskawicznie się rozpowszechniły.
Gry społecznościowe po raz pierwszy w historii gier dotarły do tak szerokich rzesz użytkowników i wszystkich grup społecznych. Najbardziej popularne aplikacje na Facebooku mają aktualnie po kilkadziesiąt milionów użytkowników. Są to w dużej mierze tzw. casual players, czyli osoby, które nie uważają się i nie uważały nigdy za graczy. Przedział wiekowy jest szeroki, bo od 11 do 65 lat, z przewagą kobiet, często gospodyń domowych. Aplikacje przyciągają ciekawym interfejsem, bogatą grafiką i nowatorskimi rozwiązaniami. Są dostępne za darmo, a ich instalacja trwa moment i nie wymaga skomplikowanych umiejętności. Nawet osoby uprzedzone do technologii szybko się do nich przekonują.

Gry rozchodzą się po sieci wirusowo i są rekomendowane wzajemnie przez znajomych. Natura gry jest podobna do tradycyjnych gier planszowych – w granie angażuje się członków rodziny i przyjaciół i bawi wspólnie z nimi. W grach internetowych każdy zaprasza średnio dwie inne osoby do wspólnej gry na ulubionej stronie. W ten sposób gry zdobywają nowych fanów, którzy sami nie szukaliby tego rodzaju hobby. Internauci poświęcają na gry co najmniej 10% czasu spędzanego w sieci. Co ważne – gracze nie muszą być on-line w tym samym czasie, aby móc wspólnie śledzić swoje osiągnięcia, wysyłać sobie prezenty etc. Jest to przewaga gier społecznościowych nad tradycyjnymi grami sieciowymi. Rozrywka społecznościowa stała się w niektórych grupach bardziej popularna niż jakikolwiek tradycyjne media.

Gry społecznościowe wywołują również zupełnie odmienne spektrum emocji – są nastawione w mniejszym stopniu na rywalizację, a w większym stopniu na pomaganie. Przez to, że rozrywkę uprawia się wspólnie z rodziną i przyjaciółmi, uczestnicy  są w nią bardziej zaangażowani: wysyłają sobie prezenty, nawożą uprawy na farmach, pomagają w rozgrywkach mafijnych.

Rozrywka internetowa daje też użytkownikom niezależność od statusu społecznego i finansowego, pewnego rodzaju równość. Można iść do kasyna, przebierać w pięknych strojach lub stawiać wille. Gry społecznościowe są skonstruowane w sposób poprawny politycznie, nie budzą kontrowersji. Nawet jeśli gra polega na zabawie w członka mafii, to całość jest zaplanowana jako żart. Na kontynuację zabawy poprzez grę społecznościową w Internecie wystarczy nawet pięć minut. W tym czasie można zobaczyć, co robią  znajomi, wysłać  wiadomości i dodać elementy do swojego akwarium, farmy, restauracji czy rozegrać partię w karty.

Większość gier dotyczy bliskiej użytkownikom tematyki: uprawy ogrodu, prowadzenia kawiarni, dbania o akwarium. Gry społecznościowe charakteryzują się również względnie nieskomplikowanymi zasadami. Osoba wchodząca do gry zaczyna na podstawowym poziomie i z czasem sama uczy się stosować stosuje coraz lepsze triki.
Źródłem zysku w grach społecznościowych jest sprzedaż dodatków i tzw. dóbr wirtualnych, które rozszerzają funkcjonalności, pełnią rolę dekoracyjną oraz urozmaicają relacje między użytkownikami. W przypadku gier są to dodatkowe elementy, za które gracze płacą jeśli chcą rozszerzyć swoje możliwości. Zasilenie wirtualnej „kasy” aby zakupić nowy pojazd, dom czy dekoracje na farmę to wydatek rzędu kilku do kilkunastu dolarów.  Dane dotyczące rynku potwierdzają, że zakupów dóbr wirtualnych dokonują nie tylko nastolatki, ale przedstawiciele wszystkich grup demograficznych czy kulturowych. Jest to ok. kilku procent graczy, co w przypadku największych aplikacji oznacza miliony mikrotransakcji dziennie. Odpowiedź na pytanie, co jest przyczyną takiej popularności kupowania produktów wirtualnych to zadanie dla socjologów Internetu i konsumpcji.
Wskutek wzrostu popularności portali społecznościowych social entertainment to branża, która rozwija się w zawrotnym tempie. Firmy, które do tej pory produkowały tradycyjne gry, zapewniają sobie przyszłość przez zwrócenie się w kierunku gier i aplikacji internetowych. W ciągu ostatnich miesięcy pojawiają się coraz częstsze przejęcia mniejszych butików kreatywnych zajmujących się tworzeniem gier on-line przez duże i znane firmy.  są zasadniczo odmienne. Analitycy z ThinkEquityLLC prognozują, że do 2012 rynek gier na portale społecznościowe w modelu Freemium potroi się; obecnie jest szacowany na 2 mld $.

Nowe rozwiązanie to także gry i aplikacje społecznościowe dostępne w telefonach komórkowych – od kalendarzy, notatników, kalkulatorów do aplikacji grupujących przyjaciół, mapy satelitarne czy poziomice. W komórce może się teraz też znajdować plan lekcji ucznia, lista zakupów pani domu, foto galeria, muzyka z całego świata i wiele więcej. Przewagę konkurencyjną zdobywają te modele telefonów, które obsługują jak najwięcej zaawansowanych aplikacji. W przypadku iPhone’a firmy Apple konstruowaniem aplikacji na iPhone’a zajmują się setki tysięcy programistów. Gdy Apple otworzył internetowy sklep „AppStore” w czerwcu 2008, już w przeciągu 6 miesięcy ściągnięto z niego różne aplikacje 300 milionów razy. Obecnie wybierać można spośród ponad 100 tysięcy aplikacji. Są one instalowane przez użytkowników bezpośrednio na telefonie. Dają możliwość wykorzystania dodatków dostępnych w telefonie takich jak m.in.: kamera, WiFi czy GPS., Technologie wykorzystywane do realizacji tego typu aplikacji to: Java  (J2ME), iPhone, Symbian, Windows Mobile czy Google Android. Nowo powstałe firmy zajmujące się tworzeniem aplikacji osiągają przychody w milionach dolarów już po kilku miesiącach działalności.

Gry społecznościowe to nie tylko rozrywka i biznes, to także efektywne działania o charakterze charytatywnym. Odnotowano już przypadki, gdy producent gry przeznaczył określoną część dochodu na cele społeczne np. dla organizacji non-profit. Portale networkingowe są także wyzwaniem dla specjalistów od HR oraz organizacji, ponieważ pracownicy niektórych korporacji porozumiewają się w sprawach służbowych za pomocą tego typu serwisów, odrzucając tradycyjne maile. Pracodawcy maja małe szanse na powstrzymanie tej tendencji. Muszą poddać się prawom wirtualnej ekonomii.

źródło: Social entertainment #8211; człowiek istota e-społeczna

Skąd wziąć klientów?

wtorek, Kwiecień 19th, 2011

„Budowa listy kontaktów metodami łowców głów”

Swoją pełną przygód drogę Agenta zaczynasz od budowy listy kontaktów do potencjalnych klientów. Tworzysz ją ze swoich znajomych, krewnych, osób, które często spotykasz. Rodzina, sąsiedzi, kumple ze szkoły, studiów, koledzy z poprzednich prac – oni pierwsi dowiadują się o ofercie Twoich produktów i usług. Dzięki Twojej profesjonalnej wiedzy, znajomości potrzeb bliskich Ci osób i ciągle rosnącej skuteczności, część znajomych decyduje się zostać Twoimi Klientami. Są zadowoleni, więc prosisz ich o kontakty do ich znajomych, którzy również mogliby zapoznać się z Twoją ofertą i dołączyć do grona usatysfakcjonowanych klientów. Niektórzy więc lojalnie umawiają Cię ze swoim szwagrem, sąsiadem czy przyjacielem. Inni przekazują Ci parę numerów GSM i obiecują zapowiedzieć ich właścicielom telefon Agenta, który wie, jak pomnożyć ich pieniądze. Jeszcze inni odmawiają polecania Twoich usług, tłumacząc, że nie znają nikogo, kto potencjalnie mógłby być zainteresowany, lub podając bardziej zbliżony do prawdy powód.

Czy zdarza Ci się nie otrzymać kontaktu z polecenia?

Co robisz, jeśli nie masz do kogo zadzwonić?

Może bierzesz książkę telefoniczną i atakujesz po kolei mieszkańców Twojego miasta, nie wiedząc, kim są, ile mają lat i jakie są ich dochody. Twój cenny czas mija, a Ty na ślepo próbujesz utrafić złoty strzał, silnie motywując się przed każdym telefonem i mówiąc sobie „w końcu musi się udać”.

Może szukasz nazwisk na stronach w Internecie i dzwonisz do promujących swoje usługi fotografów, kosmetyczek, architektów i projektantów mody. Wiesz, czym się zajmują, może nawet znasz ich twarz z zamieszczonej na stronie www fotografii. Po kilku telefonach zdajesz sobie jednak sprawę, że przed Tobą z podobną ofertą zadzwoniły do nich już setki osób…

Może dzwonisz do klientów i znajomych i prosisz o dodatkowe kontakty i referencje. Za pierwszym razem jest dobrze. Za drugim – być może pojawiają się słowa „nachalność” pod Twoim adresem, albo pretensje, że odzywasz się częściej w sprawach służbowych niż towarzyskich. Masz swój cel, więc nie zrażasz się, ale wiesz, że kontynuacja tej strategii ryzykuje Twoje dobre relacje z innymi.

Co zatem uczynić, by o każdej porze dnia móc wygenerować sobie kilkanaście nowych numerów niemalże od ręki?

Być może sposobów jest wiele, natomiast bez wątpienia dość prostym i błyskotliwym jest zaadoptowanie na potrzeby własne metod z sukcesem stosowanych w innych branżach. Dziedziną, w której sukces również zależy od skutecznego kontaktu telefonicznego z nieznanymi osobami, jest działalność Agencji Rekrutacyjnych. Łowcy głów posługują się metodami „direct search”, czyli poszukiwań bezpośrednich, które zakładają, że rekruter nie czeka na pojawienie się w skrzynce mailowej CV kandydata, tylko sam wszczyna poszukiwania kandydatów. Dlaczego te metody się sprawdzają? Dlatego, że 80% ludzi pracujących nie szuka aktywnie nowej pracy – nie przegląda ogłoszeń firm, nie rozsyła CV, po prostu skupia się na pracy u swojego pracodawcy. Tymczasem ci właśnie ludzie mogą być doskonale kompetentni i świetnie pasować na stanowiska, na które szuka się kandydatów. Możliwe, że ktoś oferuje posadę, na której będą mogli dużo bardziej rozwinąć swoje skrzydła lub wykorzystać swoje specjalistyczne doświadczenie; możliwe, że inna firma płaci więcej za ich pracę; możliwe, że z innej firmy będą mieli bliżej do domu – ale oni o tym nie wiedzą, gdyż nie interesują się alternatywami, zaakceptowali swój status quo. Zadaniem pracownika agencji rekrutacyjnej jest zidentyfikowanie osoby o odpowiednich umiejętnościach
i kwalifikacjach oraz skontaktowanie się z nią, w celu uświadomienia innych możliwości pracy. Czy osoba skorzysta z nowej wiedzy, czy nie – pozostaje jej asertywną decyzją, jednak misją Rekrutera jest skutecznie dostarczyć potencjalnemu kandydatowi informacjęo atrakcyjnych możliwościach.

Czy przypomina to proces sprzedaży? Zadaniem Agenta również jest uświadamianie ludzi o możliwościach bogacenia się, które leżą w zasięgu ich ręki. To, czy osoba zdecyduje się skorzystać z proponowanych rozwiązań, jest jej niezależną decyzją, jednakże dotarcie z informacją do wszystkich, którzy dzięki usługom firmy mogą zarobić, jest celem Agenta. I rekruter, i Agent wiedzą, że Ci, którzy zrozumieją, że zyskają dzięki ich ofercie, zaakceptują ją. Dlatego właśnie poszukiwania kandydatów na pasywnym rynku (nie szukających pracy) można porównać z poszukiwaniem klientów, którzy aktywnie nie szukają usług finansowych. Podobieństwo sytuacji implikuje fakt, że do potencjalnych klientów można dotrzeć tymi samymi metodami, co do potencjalnych kandydatów. Pracownik agencji rekrutacyjnej nie robi bowiem nic innego, jak generowanie listy potencjalnych kandydatów spełniających określone kryteria, zdobywanie do nich numerów telefonów i kontaktowanie ich po kolei, celem przedstawienia oferty. Brzmi interesująco?

źródło: Skąd wziąć klientów?

Search
Reklama
domy
systemy przeciwpożarowe
Wynajem długoterminowy samochodów
poligrafia Drukarnia wielkoformatowa reklama
wisiorki srebrne
kredyty
Sklep w którym znajdziesz regały metalowe w niskich cenach.
materiały pos
lazienka
Wszystko co potrzebne wanny do kuchni i lazienki
Tabasko Tabasko
meble kuchenne słupsk
Komis sukien ślubnych, Suknie ślubne, Używane sukn Suknie ślubne
Rehabilitanci, Rehabilitacja, Rehabilitacja Śląsk Rehabilitanci R
książki audio audio booki audiobooki audio book księgarnia
Bookmarks